Zmrok powoli zapadał nad miastem. Latarnie uliczne stopniowo zapalały się jedna po drugiej, światła samochodów były coraz lepiej widoczne. Z okolicznych barów, kawiarni
i restauracji dochodziła przytłumiona muzyka, mieszając się i tworząc subtelny szum. W powietrzu unosił się zapach kwiatów rosnących w kamiennych donicach ustawionych wzdłuż chodnika. Na niebie widać już było jasną tarczę księżyca i świecące drobinki gwiazd.
Ulicą przemieszczała się jakaś postać. W czarnej, obcisłej koszuli i dżinsach w tymże kolorze chłopak niemal zlewał się z otoczeniem. Jasny akcent w jego wyglądzie stanowiły złociste, pofalowane włosy sięgające nieco poniżej ramion.
Jeden z błyszczących, czarnych glanów potrącił niewielki kamyk, który potoczył się kilka centymetrów w przód. Chłopak zwolnił, po czym wszedł do najbliższego lokalu. Rzucił plecak na najbliższe krzesło, po czym usiadł obok. Na jego twarzy malowało się zmęczenie.
- Witamy, witamy! - natychmiast podeszła do niego młodziutka kelnerka o osobliwych, pocieniowanych włosach o barwie trawiastej zieleni - Coś podać?
- To, co zwykle - rzucił krótko chłopak.
- Okay - kelnerka uśmiechnęła się promiennie i zniknęła na zapleczu. Po chwili wróciła z dużą porcją frytek i szklanką coli.
- Smacznego! - uśmiech znowu rozjaśnił jej twarz. Lubiła tego klienta. Pojawiał się codziennie, zawsze był dla niej miły. No i, co najważniejsze, nie traktował jej jako potencjalnego celu do poderwania.
Odchodząc w kierunku kuchni zobaczyła jeszcze, jak blondyn z gracją sięga po sztućce. W jego ruchach zawsze było coś przywodzącego na myśl zwinnego kota. Nigdy nie mówił zbyt wiele, prawie się nie uśmiechał. Często sprawiał wrażenie wyczerpanego, czasem nawet chorego. Kelnerka troskliwie pytała o jego samopoczucie, lecz nigdy nie otrzymywała jasnej odpowiedzi.
Gdy powróciła na salę, chłopaka już nie było.
* * *
Muzyka dochodząca z dyskoteki niemal zupełnie zagłuszała wszystkie inne dźwięki. Młodzi ludzie śmiali się, krzyczeli. Na zewnątrz dało się słyszeć strzępki rozmów.
Gdzieś na tyłach budynku zgrzytnął w zamku klucz, a potem metalowe drzwi otwarły się z łoskotem.
Blondyn wszedł do małego, ciasnego mieszkanka. Przeszedł kilka kroków, po czym zawrócił i zasunął ciężką zasuwę. Dopiero teraz cisnął plecak na podłogę i z ciężkim westchnieniem opadł na stary fotel przywodzący na myśl jakąś dawną epokę. Słusznie, bo mebel był już bardzo stary i niemal się rozsypywał.
Po dłuższej chwili chłopak wstał i przeszedł do zabałaganionego pokoju, gdzie bezwładnie opadł na łóżko. Nakrył głowę poduszką, by nie słyszeć dobiegającej z sąsiedztwa muzyki, zacisnął dłoń na rękojeści leżącego obok sztyletu i zasnął.
* * *
Obudziło go natarczywe pukanie. Spojrzał na zegarek. Jedenasta. Zamarł. Godzinę temu był umówiony pod teatrem!
Pukanie powtórzyło się.
Nieco zbyt gwałtownie wstał, stłumił ziewnięcie i potykając się o gitarę ruszył do wejścia. Po drodze wkopał leżący na podłodze pistolet pod szafkę i w końcu otworzył drzwi.
Na zewnątrz stała drobna blondynka o wielkich, niebieskich oczach i długich rzęsach zaakcentowanych czarnym tuszem. Jej makijaż przywodził na myśl mieszkankę starożytnego Egiptu. Ubrana była w schludną, białą bluzeczkę i dżinsy, na nogach miała ozdobione perełkami buty na obcasach. Sprawiała wrażenie nieco spiętej.
- Tego, no…Cześć…- zaczął niepewnie chłopak - Wejdziesz do środka?
Dziewczyna nerwowo poprawiła włosy i weszła do środka.
- Chciałam tylko sprawdzić, czy wszystko w porządku. Nie odbierałeś komórki, nie stawiłeś się na spotkanie…Martwiliśmy się.
- Przepraszam.
- Obudziłam cię?
- N...ni…to znaczy…tak.
- Wybacz, Leth.
Chłopak spuścił głowę.
- To ty wybacz…- powiedział cicho - Ja…Ja nie mam pojęcia, jak mogłem zaspać…Zawiodłem was.
- Znowu do późna łaziłeś po mieście, prawda?
- Już wam kiedyś mówiłem…Mam pracę i…
- Tak, wiem. Masz jakieś swoje mroczne sprawy, o których nikt poza tobą nie wie, znikasz gdzieś na całe dnie, a potem wracasz ledwo żywy ze zmęczenia. Nie możesz sobie znaleźć jakiegoś innego zajęcia?
- To nie tak…
- Daj spokój, nie musisz się tłumaczyć. Po prostu czasem mógłbyś wziąć pod uwagę fakt, że sen też jest potrzebny.
- Całkiem możliwe. A teraz usiądź i poczekaj chwilę - machnął ręką w kierunku fotela - Napijesz się czegoś?
- Nie, dziękuję - przekrzywiła nieznaczne głowę i rozejrzała się. Podczas gdy chłopak zniknął w łazience, weszła do jego pokoju. Pierwszą rzeczą, która rzuciła jej się w oczy był nieziemski bałagan. W dodatku setki śrubek i bliżej nieokreślonych metalowych przedmiotów walały się po podłodze. Sterta zeszytów, kartek oraz rysunków wznosiła się na biurku do spółki z płytami i butelkami po wodzie mineralnej, jednak koło komputera znajdowało się nieco wolnego miejsca. Akurat tyle, by nic nie zasłaniało ekranu. Ściany pomalowane były na czarno, na wprost drzwi wisiało kilka plakatów przedstawiających jakieś zespoły metalowe. Łóżko natomiast przykrywał dość jaskrawy koc w pomarańczowo-czarne pasy, a obok poduszki leżał żałośnie wyglądający, sponiewierany pluszowy wilk, któremu brakowało jednego oka.
Dziewczyna cofnęła się, przewracając czarną gitarę elektryczną. Odwróciła się z zamiarem powrotu na fotel i zamarła. Dopiero teraz zauważyła, że właściciel pokoju obserwuje ją spokojnie, oparty o framugę drzwi.
- Na przyszłość uważaj - powiedział cicho, ostrożnie podnosząc z podłogi gitarę, zupełnie jakby był to jakiś cenny skarb.
- Ja nie miałam pojęcia, że ty tak mieszkasz…I w takim miejscu…Myślałam, że…że…
- Że mieszkam w luksusowej willi z basenem, klimatyzacją i służbą? Daj spokój, to nie dla mnie.
- Ale…
- Christine, ja naprawdę mam pełną świadomość, że w każdej chwili sufit może zlecieć mi na głowę. I szczerze mówiąc, nie bardzo się tym przejmuję. Jeśli ten budynek kiedyś runie, to przeprowadzę się…- w zamyśleniu pogłaskał gryf gitary - Ale ja lubię to miejsce. Owszem, jest trochę ciasno, ale to nie problem. Można się przyzwyczaić. A jeśli chodzi o ten bałagan…- uśmiechnął się z zakłopotaniem - Powiedzmy, że nie zdążyłem jeszcze posprzątać. Zdarza się.
* * *
- Cholera!
- Na litość boską, Lethean…Mówiłam ci już, żebyś sznurował te glany. Kiedyś przez nie się zabijesz.
- Zdarza się.
Christine przewróciła oczami.
- Doprawdy, jesteś niemożliwy.
- Doprawdy, mogłabyś się bardziej wyluzować.
- I kto to mówi…
Niewielki przycisk na ścianie zaświecił niebieskim światłem, masywne drzwi rozsunęły się.
- Eee….My mamy tam wsiąść?
- A co, chciałeś iść na samą górę schodami?
- No….w zasadzie to….tak.
- Idiota - skwitowała dziewczyna, energicznie wpychając swojego towarzysza do wnętrza windy. Drzwi zamknęły się.
Lethean gwałtownie zbladł, jego ręce trzęsły się.
- Ja naprawdę wolę schody - szepnął, przyciskając się do ściany.
- Mógłbyś się bardziej wyluzować, słońce.
- A jeśli za chwilę ktoś nas zaatakuje i ta kabina stanie w płomieniach, to jak się wydostaniemy? Pomyślałaś o tym? A jeśli to spadnie te kilkadziesiąt pięter w dół? Wiesz, że zostanie z nas miazga?
- Daj spokój, za dużo filmów oglądasz.
Rozległ się cichy dźwięk oznajmiający dotarcie do celu. Chłopak natychmiast wypadł na biały korytarz, dysząc ciężko. Od czasu do czasu nerwowo spoglądał na drzwi.
- Coś takiego…Ty naprawdę się bałeś - zdziwiła się Christine.
- Nie bałem się. To była tylko nadzwyczajna przezorność. Uzasadniona z resztą. Wiele osób na świecie zginęło przecież podczas jazdy takim szatańskim urządzeniem.
- Tak, jasne… A teraz może wreszcie się ruszysz? Zapewniam cię, że nie ma tu seryjnego mordercy z karabinem maszynowym.
- Skąd wiesz?
- Gdyby był, to Tom już dawno przeprowadziłby z nim wywiad.
* * *
Ulicami centrum jak zwykle przemieszczały się tłumy mieszkańców oraz turystów. Tych drugich przyciągały zabytki dawnego elfiego miasta, między którymi upchnięto teraz gigantyczne wieżowce i centra handlowe. Co kilka kroków można było natknąć się na reklamy nowych produktów, lub oferty wakacji w najbardziej egzotycznych miejscach tego świata. Gdy ludzie odnaleźli Przejścia i wtargnęli do Miredillen, zajmując tereny należące do istot znanych do tej pory jedynie z baśni, resztki magii ulotniły się zupełnie. Prawowici mieszkańcy podbitych miast byli mordowani. Jeśli przeżyli - ukrywali się. Rzeczywistość była brutalna. A spaliny samochodów już zaczęły zatruwać świeże i czyste powietrze.
- Wiecie co? Mimo wszystko te elfy potrafiły budować piękne miasta - Tom, wysoki brunet o ciemnych oczach z zachwytem rozejrzał się dookoła. Wtulona w niego Christine skinęła głową.
- Dobrze, że mogliśmy tu zamieszkać - w jej głosie brzmiała szczera radość - Tutejszy gmach opery jest chyba najwspanialszy we wszechświecie!
- A ty tylko o jednym! - roześmiał się jej chłopak - Nie samą operą człowiek żyje!
- Zamknijcie się wreszcie - ostry głos Letheana przeciął powietrze - Naprawdę nie zauważacie, jak wiele rzeczy przepadło bezpowrotnie? Ile istot zginęło, żeby ziemianie mogli tu zamieszkać?
- Taka jest kolej rzeczy. Poza tym, dziś jesteś wyjątkowo pesymistycznie nastawiony do życia. Ale nie martw się, chyba wiem, co poprawi ci humor - Christine uśmiechnęła się tajemniczo - Byłeś już w Muzeum Dawnego Świata?
- Co to znowu za dziwactwo?
- Zobaczysz! Wprawdzie o tej porze jest już zamknięte, ale…
-…Ale Christine jako kochana pani kustosz nas wpuści - wtrącił się Tom.
- Kustosz? - zdziwił się blondyn - Myślałem, że śpiewasz w operze.
- Nie samym śpiewem człowiek żyje. Chodź!
* * *
Wielkie wrota otwarły się z głośnym zgrzytem. Ich oczom ukazała się sala wejściowa pełna gablot przeróżnej wielkości. Na kamiennych ścianach wisiały obrazy. Światło zachodzącego słońca migotało w kryształkach wielkiego żyrandola, w kątach zalegał już cień. Naprzeciwko wejścia znajdowały się schody z niezwykle ozdobną, rzeźbioną balustradą.
- Nie…- wyszeptał Lethean - To nie możliwe…
- Pięknie tu, prawda? - Tom położył dłoń na ramieniu swego towarzysza, który w tym samym momencie potrząsnął głową. Jego oczy były szeroko otwarte, na twarzy zastygło coś na kształt przerażenia.
- To…To jakiś żart, prawda…?
- Co? Leth, rozum ci odebrało z zachwytu, czy jak?
Blondyn gwałtownie się cofnął, po czym wbił wzrok w posadzkę. Marmurowa mozaika przedstawiała herb dawnego państwa elfów. Symbol tak znajomy…
- Czy wy wszystko musicie zniszczyć? - z rozpaczą spojrzał na przyjaciół. Oni nawet go nie rozumieli… - Dlaczego…?
- O czym ty mówisz? Przecież nikt niczego nie zniszczył.
- Rozejrzyj się dookoła, idioto! Te gabloty, podpisy! Zrobiliście tu miejsce, które ma dostarczać rozrywki kretynom, którzy uważają to wszystko jedynie za ładnie, lecz prymitywnie zabaweczki! - wrzasnął.
- Uspokój się - wtrąciła się Christine - Nie wiem, co cię tak rozwścieczyło. Dzięki temu te przedmioty nie zginą, wszyscy będą o nich pamiętać, podziwiać je…
- Doprawdy? To weź sobie jeszcze to! - drżącą ręką Lethean zerwał sobie z szyi niewielki, srebrny wisiorek i cisnął go na ziemię - Zapewne znajdziesz coś do kompletu! - z tymi słowami wybiegł, nie oglądając się nawet.
- Leth, zaczekaj!
* * *
Słońce zaszło już kilka godzin temu, okolica opustoszała. Dopiero teraz Lethean zatrzymał się, kopnął z wściekłością pień jakiegoś drzewa i opadł na ziemię. Po tak długim biegu serce tłukło się jak oszalałe, przez kilka sekund nie mógł złapać oddechu.
Płakał. Nawet nie starał się ocierać łez. Po prostu leżał w mokrej trawie, pozwalając by spływały mu po policzkach. Patrzył w spokojne, nocne niebo. Księżyc miał barwę czerwieni.
Leth wciąż nie mógł się otrząsnąć z szoku. Nie powinien był tak zareagować. Ganił samego siebie za okazanie tak silnych emocji, jednak w głębi duszy wiedział, że nie mógł postąpić inaczej. Rzeczy, które tak bardzo kochał są teraz za szklanymi szybami, wystawione na widok każdego, kto zapłaci odpowiednią sumę pieniędzy. A chętnych będzie wielu. I te tłumy codziennie będą się przetaczać przez ogromny, biały pałac. Będą deptać dawne ogrody, śmiać się, żartować…Nawet nie pomyślą, że sami zabili tych, którym zawdzięczają to piękno…
* * *
O poranku dotarł do swojego mieszkania. Z przyzwyczajenia wypił filiżankę kawy, skulił się w fotelu wbijając wzrok w odrapaną ścianę. Po dłuższej chwili namysłu zdjął rękawiczki i sięgnął po sztylet.
Krew powoli skapywała na podłogę. Zupełnie jak kilka lat temu…
- Lilio…- wyszeptał z rozpaczą w głosie - Moja mała czarodziejko…Czemu nie ma cię przy mnie? Czemu odeszłaś…? Wróć… Błagam…
Cisza.
Jakże bym mogła żyć w tym świecie…?
Zerwał się na równe nogi.
- Lilio…? - rozejrzał się nerwowo.
Nie można widzieć czegoś, czego nie ma.
- Ale ja cię słyszę!
Zdaje ci się.
- Przecież jeszcze nie oszalałem! - jęknął.
Zawsze byłeś szalony, Leth. Jak my wszyscy.
- Ale…
Ja NIE ŻYJĘ i dobrze wiesz, że nie mogę wrócić.
- Ale twój głos! Lilio, jak…?
Masz zbyt wybujałą wyobraźnię.
- Przestań! Wiem, że chodzi o coś innego!
Wbij sobie do głowy, że to wszystko jest tylko złudzeniem!
- Mówisz do mnie! Jesteś duchem, moja mała czarodziejko…?
Gratuluję inteligencji.
- Czemu…?
Przez ciebie! Przyzwałeś mnie, idioto!
Zrobił zdumioną minę.
Masz mi coś konkretnego do powiedzenia, czy chciałeś mnie tylko wkurzyć?
- Lilio, proszę…
Bo widzisz…W świecie pozbawionym magii ciężko jest egzystować jako duch. Nawet w formie głosu. I wiesz co? Masz natychmiast iść po bandaże! I do cholery, nie tnij się więcej! Nie po to przez pół życia ciągle cię odratowywałam, żebyś teraz miał zginąć w tak głupi sposób!
- Dobrze - szepnął. Zawahał się przez chwilę - Jak…Jak jest tam…no…po drugiej stronie, Lilio?
Odpowiedziała mu przenikliwa cisza.
- Lilio…? Jesteś tam?
Nic.
Westchnął ciężko i spojrzał niepewnie na swoje ręce. Po dłuższym zastanowieniu wyjął z szuflady maleńką buteleczkę i wypił kilka kropli błękitnego płynu. Po kilku sekundach rany zniknęły.
Może i w Miredillen nie było już magii, ale eliksiry o dziwo działały. Szkoda tylko, że ten był ostatni, jaki pozostał.
* * *
Samochód zatrzymał niemal przed samym wejściem do pałacu. Przez chwilę siedział nieruchomo z zamkniętymi oczami, oddychając głęboko, po czym wysiadł i ruszył w stronę kasy biletowej. Rzucił odliczoną kwotę bileterce i wszedł do środka. Ręce trzymał teraz w kieszeniach, by ukryć ich drżenie. Zacisnął zęby.
Czas zmierzyć się z rzeczywistością.
Spokojnym krokiem podszedł do najbliższej gabloty. Biżuteria. Na widok srebrnego pierścionka z połyskującą, fioletową cyrkonią zbladł gwałtownie. Pierścionek Lilii…A dalej kilka jej wisiorków…
Przeszedł kilka kroków dalej i ciągle miał wrażenie, że jest obserwowany. To nie było miłe uczucie. Podniósł głowę. Na wprost, nad schodami wisiał wielki obraz. Zdecydowanie ruszył w jego kierunku. Po kilku stopniach zatrzymał się i zamarł. Z malowidła spoglądała na niego Lilia Północy. Ubrana w czarny, wojskowy mundur, z kilkoma pomarańczowymi liliami w rozwianych włosach, stała opierając się o swój miecz. Jej oczy zdawały się lśnić, na ustach błądził delikatny, lecz złośliwy uśmiech. Wydawała się taka….prawdziwa. Przez chwilę Lethean miał wrażenie, że przekrzywiła lekko głowę i spojrzała prosto na niego.
To tylko obraz, pomyślał. Obrazy przecież nie poruszają się.
Wszedł do kolejnej sali, gdzie za wielką szybą wystawione były…miecze. Ostrze Gwiazd, Ostrze Ognia, jego ukochany miecz dwuręczny i…Bogowie, nawet srebrzysty ulubieniec jego małej czarodziejki!
Ostrożnie dotknął chłodnego szkła. Gdyby tylko mógł znowu poczuć ciężar takiej broni…A może magiczne ostrza zachowały jeszcze resztki swojej magii i czekają na kogoś, kto znów zabierze je ze sobą na pole bitwy?
- Prosimy nie dotykać gablot! - odezwała się z kąta jakaś pracowniczka muzeum.
- Przepraszam - wymamrotał odsuwając się niechętnie.
Nieco dalej wisiał kolejny obraz. Ten akurat doskonale znał. Na płótnie znowu uwieczniona była Arinae, jednak tym razem wyglądała tak uroczo i niewinnie… Błękitna sukienka jakby falowała na wietrze, który zrywał kwiaty z niskich drzewek owocowych rosnących wzdłuż ścieżki. W dłoniach dziewczyny znajdował się jeden niebieski goździk - jeden z jej ulubionych kwiatów. Natomiast za czarodziejką stała jeszcze jedna postać. Variel - jej ukochany. Jego pełne powagi spojrzenie w pierwszej chwili onieśmieliło Letheana.
- Leth, co ty tu robisz? - do pomieszczenia wpadł Tom - Nie sądziłem, że tu przyjdziesz po tym, co się wczoraj…- umilkł na widok miny blondyna - Eee…Wiesz co? Christine jest teraz w swoim gabinecie. Możemy tam iść i pogadać…
- Prowadź.
* * *
Lethean miał serdecznie dość tego wszystkiego. W sumie nie chciał widzieć teraz nikogo znajomego. Nie chciał iść do tego gabinetu. Ale poszedł.
Wchodząc do pomieszczenia wyjął z kieszeni zmiętoszoną, czarną wstążeczkę i związał włosy. Przy okazji pozbył się też tych przeklętych szkieł kontaktowych, dzięki którym jego oczy miały naturalnie wyglądający niebieski kolor.
- O, miło cię widzieć! - Christine natychmiast do niego podbiegła - Martwiliśmy się o ciebie, zwłaszcza, że nie odbierałeś komórki. W każdym razie dobrze, że jesteś. A ten wisiorek, który wczoraj zostawiłeś…On jest niezwykły! Skąd go…- zamarła.
- Coś nie tak? - chłód w głosie blondyna mógłby latem zamrozić kwiaty w ogrodzie.
Teraz też Tom patrzył na niego w osłupieniu.
- Co…Co to ma znaczyć? - wykrztusił. Jego wzrok ześlizgnął się z ostro zakończonych uszu przyjaciela, by natrafić na przerażające oczy barwy płynnego złota - K..Kim ty do cholery jesteś?
- Mieszańcem.
- Co?
- To, co słyszysz. A teraz…Czy moglibyście przestać się tak gapić? To jest naprawdę denerwujące - Lethean oparł się o bogato zdobione biurko.
- Zaraz, chwileczkę - Christine odzyskała głos - Chcesz powiedzieć, że jesteś półelfem?
- Dokładnie.
- Ale…
- Milcz. Nie mam najmniejszej ochoty o tym dyskutować.
Rozległo się pukanie do drzwi.
Półelf natychmiast zerwał z włosów tasiemkę i schował ją. Odwrócił się na chwilę, a gdy ponownie spojrzał na swoich przyjaciół, jego oczy znów miały całkiem zwyczajną, niebieską barwę.
Pukanie powtórzyło się.
- Proszę wejść - powiedziała bezbarwnym głosem Christine.
Drzwi otworzyły się, do pomieszczenia weszła jakaś dziewczyna ze stertą kartek w rękach.
- Uhm. Przyniosłam raporty od konserwatorów, a także dokładny spis wszystkich eksponatów - zaczęła niepewnie - I jeszcze to - na biurku wylądowała oprawiona w skórę książka - Cheryl wreszcie znalazła coś o władcach Venare.
- Mogę zobaczyć? - Lethean ostrożnie wziął książkę do ręki. W tym samym momencie do gabinetu wparowało jeszcze kilka osób. Wprost idealna okazja, by się wycofać…
Niespostrzeżenie wyślizgnął się na korytarz. Po chwili namysłu otworzył opasłe tomiszcze, które trzymał, wyrwał kilka stron, a następnie ruszył przed siebie.
- Proszę to oddać Christine i podziękować jej w moim imieniu. To naprawdę fascynująca lektura - wcisnął księgę jednej z pracownic muzeum - Z góry dziękuję!
Chwilę później rozległ się warkot silnika.
* * *
Lethean czuł się, jakby niebo miało lada chwila z hukiem rozlecieć się na miliony kawałków i spaść mu na głowę. Obwiniał się za chwilę słabości, która doprowadziła do ujawnienia, kim jest. Wtedy całym sercem wierzył, że Christine i Tom go zrozumieją, uznają to za coś normalnego. Ich zdumienie sprawiło, że w momencie tego pożałował. Tylko czekać, aż sprowadzą mu na kark policję tudzież gromadkę szalonych naukowców.
Westchnął ciężko.
Przez te wszystkie lata ludzie wcale się nie zmienili. Nadal byli nietolerancyjnymi, zapatrzonymi w siebie rasistami. Uważali się za największy cud wszechświata i bardzo wyraźnie dawali o tym znać, przywłaszczając sobie każdy napotkany kawałek ziemi.
Nawet, jeśli ten kawałek akurat należał do innego świata.
Nawet, jeśli na tym kawałku ziemi ktoś już mieszkał…
Lampa zatrzęsła się pod wpływem głośnej muzyki dochodzącej z sąsiedztwa.
Lethean zaklął, po czym wstał i ruszył w stronę drzwi, zabierając po drodze plecak.
Chłodne powietrze uderzyło go w twarz.
Zaczynało padać.
* * *
Dziwne, że podczas deszczu ulice wielkiego miasta mogą w momencie stać się tak ciche i puste.
Wzdłuż ulicy, tuż przy krawężniku płynął wartko miniaturowy strumyczek.
Wiele lat temu, Lilia Północy lubiła biegać po takich deszczowych „strumyczkach”, rozchlapując wodę dookoła. Może nie było to zajęcie odpowiednie dla Białej Czarodziejki Venare i zarazem generała, ale Lilia nigdy nie zawracała sobie głowy rozpatrywaniem, co jest właściwe, a co nie. Robiła to, na co akurat miała ochotę.
Lethean uśmiechnął się lekko.
Wspomnienia dotyczące Lilii zdecydowanie były miłe.
Przystanął i rozejrzał się. Dziwne, że właśnie wtedy, gdy myślał o Lilii dotarł na stary cmentarzyk w pobliżu pałacu. Ona lubiła to miejsce. Twierdziła, że tak miłych i rozmownych duchów nie ma nigdzie indziej.
Grobowce były w zadziwiająco dobrym stanie, jak na swój wiek. Tylko na tych najstarszych napisy nieco się pozacierały. Na ciężkich, kamiennych płytach leżały kwiaty i znicze.
Nie na darmo Lethean płacił pewnej kobiecie, by zajmowała się cmentarzem. Wszystko utrzymane było w jak najlepszym porządku.
Po dłuższej chwili półelf zauważył, że nie był sam. Początkowo nie zwracał na to większej uwagi.
Miejsca takie, jak to, często przyciągały zabłąkanych turystów lub nawiedzonych artystów szukających natchnienia. Chłopak lubił ich obserwować.
Istota spacerująca w głębokim zamyśleniu kilka metrów dalej zdecydowanie była dziewczyną. Po wysypanej żwirkiem ścieżce ciągnęła się granatowa suknia stylizowana na strój z jakiejś odległej epoki. Jej właścicielka chroniła się przed deszczem pod ozdobioną koronkami, białą parasolką. Całości dopełniały glany.
Jednym słowem – typowa mroczna dama.
Po kilku minutach obserwacji Lethean znudził się i powrócił do swoich wspomnień. W końcu dziewczyna nie robiła nic interesującego.
Zwyczajnie snuła się bez celu po alejkach.
* * *
Deszcz ustał, zza chmur wychyliło się słońce.
Przemoknięte gołębie stroszyły się i otrzepywały pióra, siedząc rządkiem na gałęzi.
Lethean był zadowolony.
Cmentarz naprawdę wyglądał na zadbany. Wynajęta w tym celu kobieta dobrze wypełniała swoje zadanie.
Coś zaszeleściło.
Kilka metrów dalej, mroczna dama z niezwykłą godnością złożyła parasolkę i strzepnęła z niej krople deszczu. Poprawiła sznur granatowych pereł, uniosła nieco suknię i z gracją przeskoczyła przez kałużę. Szybkim ruchem odgarnęła niesforne, czarne loki, które opadły jej na twarz.
Wyglądała tak boleśnie znajomo…
Powoli odwróciła głowę, spojrzała na Letheana.
I to spojrzenie go zmroziło.
Oczy dziewczyny były fioletowe z delikatnymi, błękitnymi refleksami. Gdzieś głęboko na ich dnie czaił się smutek, lecz mimo to błyszczały jak dwie gwiazdy.
- Witaj Letheanie River – powiedziała cicho – Jak widzę, twoja spostrzegawczość się pogorszyła.
- V…Valentine…? – wykrztusił zdumiony.
- We własnej osobie.
- Ale…Ale jak? Po tym jako odeszłaś i nie było od ciebie żadnych wiadomości myślałem, że…
- Źle myślałeś.
- Teraz już wiem. Gdzie ty byłaś przez te wszystkie lata?
- Na Ziemi. Lethean, ja nie chcę o tym rozmawiać.
- Czemu?
- Nie chcę…- powtórzyła, spuszczając wzrok – Po co roztrząsać coś, co minęło?
Nastała niezręczna chwila ciszy.
- A co słychać u ciebie? – spytała, siląc się na uśmiech.
- Jakoś żyję. Widziałaś, co zrobili z pałacem?
- Nie.
- Może to i lepiej.
- Powiedz.
- Muzeum.
Oczy Valentine gwałtownie pociemniały ze złości.
- Jak…Jak oni mogli…- syknęła – Niech ja tylko dorwę…
- Nie. Zostaw tych ludzi w spokoju. A przynajmniej Christine i Toma.
- Och, Lethean, Lethean…- westchnęła – Od kiedy spoufalasz się z ludźmi?
- Świat się zmienił, Val. Trzeba się przystosować.
- Śmieszne wytłumaczenie.
- Czemu śmieszne?
- Bo tak – potrząsnęła głową – Muszę już iść.
- Zaczekaj! Gdzie ty właściwie mieszkasz?
- A czy to ważne? – przekrzywiła głowę – Jak będę miała ochotę, to cię znajdę. Żegnaj.
I już jej nie było.
* * *
Kilka dni później zobaczył ją w parku.
Siedziała na ławeczce pod młodym kasztanowcem, ubrana w tą samą suknię, co na cmentarzu. Tylko we włosy wpięła granatową różę, na której w świetle słońca lśniły kropelki wody, które opadły z gałązek drzewa. Czytała coś.
Gdy podszedł bliżej, uniosła głowę. Powoli, jakby niechętnie, odłożyła na bok książkę i spojrzała na niego. W południowym słońcu jej fioletowe oczy zdawały się być jaśniejsze niż zwykle.
- No proszę, znowu się spotykamy…Cóż za zbieg okoliczności – poprawiła jakiś niesforny kosmyk. Nawet w tak prostą czynność wkładała tyle dumy i godności, że zdawała się być jakąś księżniczką, lub nawet królową dawno zapomnianego królestwa. Jej fioletowe, przenikliwe spojrzenie sprawiło, że Lethean po raz pierwszy od wielu lat nie wiedział, co powiedzieć. To uczucie denerwowało go.
Valentine roześmiała się perliście. Na dnie jej oczu rozbłysły figlarne iskierki.
- Masz naprawdę wspaniałą minę, Leth – posłała mu ciepły, aż niepasujący do niej uśmiech – Idziemy się przejść?
Skinął głową.
Dziewczyna wstała, z uwagą otrzepała suknię. Wzięła z ławeczki książkę, po czym zwróciła wzrok między drzewa.
- Ethan, chodź tu! – zawołała.
- E…Ethan…? – wykrztusił zdumiony półelf. Przerwała mu krótkim machnięciem ręki.
W krzakach coś zaszeleściło. Po chwili na ścieżkę wyskoczył wielki, puchaty biały wilk.
Szczeknął krótko i machnął radośnie ogonem.
- Czy…czy to naprawdę jest…- zaczął ponownie Lethean.
- Nie. To wilk. Zwykły biały wilk – dziewczyna pocałowała zwierzę w mokry, czarny nos. Przypięła mu smycz do obroży – Kochany jest.
- Skąd ty go masz?
- Ukradłam.
- Ukradłaś? Ty?
Skinęła energicznie głową.
- Z takiego jednego Zoo na Ziemi.
- O…Bogowie.
Valentine była urodzoną zabójczynią. Mogła ranić, dręczyć, zabijać. Ale kraść? Lethean nie mógł sobie tego wyobrazić.
- No i co się tak patrzysz? – prychnęła – Zamknęli go w ciasnej klatce. Na moim miejscu zrobiłbyś zapewne to samo!
- Niedźwiedzia, lwa i fokę też ukradłaś?
- No…Oczywiście, że nie…
- Oj, Val…Zrobiłaś się niezwykle sentymentalna.
- Wcale n…Znaczy…chyba masz trochę racji…
Na chwilę zapadła nieznośna cisza, przerywana jedynie głośnym dyszeniem wilka.
- Dlaczego wtedy musiałaś odejść? I dlaczego bez słowa pożegnania zniknęłaś na ponad tysiąc lat?
Poderwała głowę, jej oczy zalśniły ze złością. Smutek czający na ich dnie stał się wyraźniejszy.
- Nie twoja sprawa! – prychnęła.
- Dobrze, spokojnie, nie musisz od razu się irytować.
Westchnęła cichutko, wbiła wzrok w ścieżkę. Milczała.
Biały wilk, jakby wyczuwając smutek swej pani, machnął kilka razy ogonem i niepewnie trącił jej dłoń mokrym nosem, popiskując cicho. Gdy to nie pomogło, szczeknął z irytacją i okręcił się, usiłując złapać własny ogon. Potem przysiadł obok, opierając się o nią całym ciężarem ciała, spuszczając smętnie łeb.
- Ethan, sukienkę mi usierścisz! – roześmiała się. Wilk poderwał się i zaczął szarpać zębami smycz, warcząc i merdając ogonem. Zupełnie jak pies.
Lethean obserwował to wszystko z rosnącym zdumieniem. W końcu nie zbyt często widzi się roześmianą wampirzycę z oswojonym wilkiem na smyczy. Dziwna para.
- Eghem. Idziemy dalej? – spytał po kilku minutach przyglądania się.
Spojrzała na niego, jakby lekko zaskoczona.
- Tak, oczywiście. Wybacz, że musiałeś tak czekać.
- Nic się nie stało, nie musisz przepraszać. Odprowadzić cię do domu?
- N…Nie, dziękuję – zarumieniła się ledwo zauważalnie – To daleko. Na drugim końcu miasta… - podała mu maleńką karteczkę z adresem, wyjętą z torebki. Spojrzał i schował ją głęboko do kieszeni – Możesz nas kiedyś odwiedzić… – dodała cichutko.
- „Nas”?
- Mieszkają ze mną Carlotta i Devon. I kilka wampirów, ale one nie zrobią ci krzywdy.
- Pozdrów ich ode mnie.
- Dobrze, ucieszą się.
A więc syn Lilii Północy i jego żona, córka Valentine, też byli tutaj. Cóż za zbieg okoliczności…
Miły zbieg okoliczności.