Nad lasem powoli zapadała noc.
Ciemność łagodnie spływała między drzewa, otaczając świat mgiełką tajemniczości. W wilgotnym, wieczornym powietrzu dźwięki nabierały wyrazistości. Każdy, nawet najdrobniejszy szelest zdawał się odbijać echem wśród powykręcanych pni. Wkrótce, do odgłosów lasu dołączył chrzęst kroków.
Wędrowcy nadchodzili z południowego wschodu, od strony Fortecy. Przybyli na te tereny wiele dni temu, na wieść o niepokojących zdarzeniach, rozgrywających się w okolicy. Teraz, po licznych i trudnych misjach postanowili to wszystko zakończyć.
Kierowali się do pradawnego miejsca, zwanego Studnią Czasu. Poruszali się cicho, w dłoniach niosąc zapalone świece. Ich bezgłośny pochód przywodził na myśl obrzędy ku czci jakiegoś dawno już zapomnianego bóstwa.
Nie wiedzieli, co czeka ich na miejscu, jednak szli do przodu bez wahania. Nie uważali się za bohaterów. Czynili tylko to, co podpowiadały mi serca. I czuli, że muszą swoje zadanie wykonać wspólnie.
Znali się już od lat i chociaż nie zawsze panowała między nimi zgoda, łączyła ich pewnego rodzaju niewidzialna więź, która nie dawała o sobie zapomnieć. Dlatego też i teraz kroczyli ku nieznanemu przeznaczeniu ramię w ramię z dumnie podniesionymi głowami.
Gdy wędrowcy dotarli do celu, ich oczom ukazał się niezwykły widok. Nad Studnią górowało ogromne drzewo. Między jego grubymi konarami unosiły się niewielkie, płonące kule łagodnie migoczące na wietrze. Ich rozedrgany blask odbijał się w nieruchomej tafli wody.
Uwagę wędrowców przykuł krąg ułożony ze świec, na prawo od drzewa. Dopiero po chwili zauważyli stojącą w nim postać, odzianą w czarne szaty. Był to ten, którego szukali.
- Witajcie – słowa Ducha Studni odbiły się echem od sąsiednich drzew – Co was do mnie sprowadza?
Przybysze początkowo milczeli, onieśmieleni majestatem istoty, którą napotkali. W końcu jeden z nich wystąpił do przodu i spokojnym, dźwięcznym głosem rozpoczął historię o czynach, których dokonali, jak i o czekającym ich zadaniu. Duch wysłuchał opowieści, kiwając głową w zamyśleniu. Gdy w końcu się odezwał, w jego głosie pobrzmiewał smutek.
Chociaż był w stanie pomóc wędrowcom, wymagało to poświęcenia jego własnego życia. Ofiara ta była konieczna, by uratować Krainy i nic nie mogło tego zmienić.
Z cichym pluskiem roziskrzone drobinki srebra wpadły do studni. W momencie, gdy zetknęły się z taflą wody, w górę wystrzeliły płomienie, ogarniając Ducha Studni. Po chwili znów zapanował spokój, jakby zupełnie nic się nie stało.
Gdy zdawało się, że już po wszystkim, niebo eksplodowało milionem kolorów. Magiczne ognie.
Wędrowcy pochylili głowy w szacunku dla Strażnika Studni, który oddał swe życie, by pozbawić to miejsce mocy, umożliwiając im pokonanie lorda, terroryzującego Krainy.
Milcząca procesja wyruszyła w kierunku Fortecy, tak samo bezszelestnie, jak się pojawiła.
Pomiędzy wierzchołkami drzew łagodnie pulsowały gwiazdy. Nigdzie indziej nie były tak jasne i wyraźne jak tu. Nocne niebo zdawało się czerpać magię tego miejsca, jednocześnie dodając mu niesamowitości.
Jeden z wędrowców uniósł głowę. Nad nim, a właściwie nad nimi wszystkimi, płynął w powietrzu jeszcze jeden świetlisty punkt. Uparcie podążał za milczącym pochodem, zdając się pewnego rodzaju strażnikiem czuwającym nad ich bezpieczeństwem. Zwykły obserwator z pewnością uznałby go za świetlika, niczym nieróżniącego się od swych pobratymców. A jednak w tym miejscy i czasie nic nie było zwyczajne. Kto wie, może w rzeczywistości jakaś cząstka Ducha Studni pozostała na ziemi, by nadal im towarzyszyć.
Wyszli z lasu. Świetlik zamigotał i wmieszał się w światła leżących w dolinie miasteczek.
Ich zadanie skończyło się, a jednak koniec ten mógł być jednocześnie zupełnie nowym początkiem. Co czekało na nich za horyzontem? Tego nie mogli być pewni. Szara Codzienność i Rzeczywistość, do której prędzej czy później będą musieli wrócić, to groźni wrogowie. Wielu poległo w walce z nimi i może właśnie to zadanie będzie trudniejsze od wszystkich innych, które napotkali na swojej drodze. Trudniejsze, ale nie niemożliwe do wykonania.
A wędrowcy…Cóż. Mieli do swojej dyspozycji broń silniejszą od najlepszych mieczy. Była to więź, która połączyła ich z tym miejscem na zawsze, a także świadomość, że tak długo jak będą ją podtrzymywać, nigdy nie pozostaną sami na placu boju.