Nawigacja:
<< Strona główna

Kroniki Venare:

~ Prolog
~ Rozdział I

Future:

~ Future

Pamiętniki:

Autorstwa Arinae:
~ Lilia Północy
~ Lethean River
~ Cahir Nakai

Autorstwa Vardy:
~ Varda
~ Ethan
~ Variel

Credits:

~ Layout i zawartość strony:
Arinae
~ Zdjęcie: CausticStock



Nad miastem zapadał zmierzch. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki gasły wszystkie światła.
W Innitey noc była czasem oczekiwania. Czasem strachu. Nigdy nie było wiadomo, kiedy dzwony uderzą na alarm.
W Venare grasowali ludzie. Szli przez kraj niczym szarańcza, zostawiając za sobą zrównane z ziemią miasta. Rzeki spływały krwią. I trupami.
Mordy rozpoczęli jeszcze w swoim własnym kraju, zarzynając bez miłosierdzia dzieci, które miały w sobie choć kilka kropli krwi elfów. Uważali je za coś brudnego i nienaturalnego. Dlatego właśnie napadli na swoich sąsiadów twierdząc, że to od nich wzięły się te małe „potwory”.
Nie mieli litości.
Jako pierwsze padły fortece na granicy. Nie przeżył nikt, kto mógłby ostrzec resztę kraju przed napaścią. To pozwoliło ludziom podejść pod Arimey – stolicę państwa elfów.
Bitwa przyniosła liczne straty po obu stronach.
Konie ślizgały się we krwi, na alabastrowym bruku. Ciała poległych ścieliły gęstym dywanem puste ulice.
Świątynia Ishtreé, Pani Magii legła w gruzach, grzebiąc na wieki swoje kapłanki.
Trzy Ostrza Magii zaginęły.
Resztki Armii Venare zmuszone były się wycofać.
Wśród zamieszania, niewielki orszak pod eskortą wyruszył na zachód. To rodzina królewska wycofywała się do Mayv.
Wśród spłoszonych żołnierzy krążył jeździec.
Czarny, smukły koń o sylwetce, dającej wpisać się w kwadrat stąpał ostrożnie, niemal bezszelestnie. Jego właściciel trzymał się w siodle prosto, z głową dumnie uniesioną. W czarnym, skórzanym stroju niemal zlewał się z otoczeniem. Miał szare oczy, które zdawały się być zupełnie pozbawione wszelkich barw, prawie nieruchome.
Wodze zebrał w jedną rękę, chronioną przez sięgającą łokcia rękawicę, podczas gdy drugą zaciskał na rękojeści miecza. Po chwili poderwał konia do galopu i zniknął w gęstwinie drzew.

Teraz, kilka tygodni po upadku Arimey, krążył niespokojnie po ulicach Innitey, niczym upiorna zjawa. Wstrzymał swojego wierzchowca, odgarnął z oczu niesforny kosmyk ciemnych włosów i rozejrzał się. Przez chwilę trwał nieruchomo, chłonąc każdy, nawet najdrobniejszy dźwięk. W tym momencie do złudzenia przypominał polującego wilka.
Powietrze przeciął krzyk.
Jeździec drgnął, w jego oczach coś rozbłysło.
Coś zaczynało się dziać…
Docisnął łydkę do boku konia, zmuszając go do ruszenia z miejsca. Z idealnym spokojem skierował zwierzę w jedną z ulic.
Kopyta miarowo stukały o mokry od deszczu bruk.
Po chwili na powrót zapadła cisza.
Ostatni tego dnia promień słońca zalśnił na szybach domów i zniknął za horyzontem.

pr