Ciemna sylwetka oderwała się od muru, klucząc pomiędzy domami. Płynne, idealnie wypracowane ruchy przywodziły na myśl czającego się drapieżnika. Postać zatrzymała się na chwilę, a potem prześlizgnęła się przez wyłom w murze.
Wypadła na trakt. Dopiero tam odetchnęła z ulgą i rozluźniła się. Spojrzała na swoje odbicie w kałuży.
Z wodnej tafli spoglądały bystre, czujne oczy osadzone w trójkątnej twarzy osiemnastolatki. Jej prawy policzek przecinała paskudna szrama – ślad po jedynej nieudanej akcji.
Dziewczyna uśmiechnęła się upiornie do odbicia.
Raina D’Arte, jeden z najlepszych szpiegów wysłanych przez generała Caolina do Venare. To właśnie ona znalazła słabe punkty stolicy tego przeklętego państewka, umożliwiając ludzkim żołnierzom wejście do miasta.
A teraz miała kolejną misję.
Gdzieś w oddali zadudniły kopyta. Ktoś zbliżał się do Innitey.
Raina przezornie usunęła się na pobocze, przykucnęła w kępce wysokich traw.
Czekała.
Jeździec był coraz bliżej. W końcu pojawił się w polu widzenia dziewczyny. Zatrzymał konia, zeskoczył na ziemię, rozchlapując wodę z brudnej kałuży.
Było w nim coś niepokojącego, co sprawiało, że Raina czuła się bardzo nieswojo. Wstrzymała oddech.
Jeździec powoli odwrócił głowę. Znad wysokiego, czarnego kołnierza peleryny błyszczały wściekle oczy o barwie płynnego złota.
- Wyłaź z tych krzaków – padło polecenie. Dziewczyna zamarła, a potem powoli podniosła się z ziemi, kalkulując, czy w razie czego zdąży dobyć miecza.
Właściciel złotych oczu był niewiele wyższy od niej. Czarny, nieco potargany strój wisiał na nim luźno. Na rękach miał czarne, skórzane rękawice. Pomimo niechlujnego wyglądu, biła od niego duma. Może właśnie dlatego Raina zaczynała się bać.
- Którędy do Treach? – padło ostre pytanie.
- Kup sobie mapę – odwarknęła.
Jeździec zrobił zdumiona minę.
A potem z całkowitym spokojem sięgnął po miecz. Raina odskoczyła. Chwilę później również wyciągnęła broń.
Srebrzyste, roziskrzone ostrza na moment zetknęły się ze sobą. Dźwięczny, metaliczny odgłos przeciął powietrze. Przeciwnicy zmierzyli się wzrokiem, badając sytuację.
* * *
Raina oparła się o swój miecz, ociekający krwią, nie spuszczając przeciwnika z oczu. To, że chłopak był ranny i aktualnie klęczał w jakiejś kałuży, z trudem łapiąc powietrze, nie znaczyło, że można dać sobie spokój z czujnością. Zwłaszcza, że w walce był naprawdę dobry. Właściwie, gdyby nie to, że był zmęczony, zapewne wieloma godzinami jazdy konnej, Raina byłaby w niezłych tarapatach.
Teraz jednak wszystko wskazywało na to, że wygrała i w głębi ducha była z siebie dumna.
Chłopak okazał się być półelfem.
Mieszańcem.
Każde ludzkie dziecko wiedziało, że takich jak on trzeba tępić.
- Cóż to, już nie wydajesz mi rozkazów, słońce? Czyżbyś się mnie bał? – zadrwiła dziewczyna.
Złotooki nie odpowiedział nic. Przez długą chwilę tępo wpatrywał się w bruk. A potem powoli wstał i dźwignął z ziemi swój miecz. Z płonącymi wściekłością oczami rzucił się w kierunku Rainy, zatoczył się…i ponownie grzmotnął o ziemię, czując jak ostrze dziewczyny ześlizguje się po jego żebrach.
Zamknął oczy, w oczekiwaniu na ostateczny cios, który sprawi, że śmierć zabierze go z tego świata, lecz ten nie nadszedł. Zamiast tego coś świsnęło, a później do uszu półelfa dotarł odgłos osuwającego się na ziemię ciała. Zdumiony otworzył oczy.
Raina leżała nieopodal, a z jej pleców sterczały trzy długie, czarnopióre strzały. Kilka kroków dalej stała jakaś postać, szczerząc w uśmiechu idealnie równe, białe zęby.
Elf czystej krwi. W dodatku prawdopodobnie żołnierz.
- Van’eshe – parsknął lekceważąco w kierunku złotookiego.
Powitanie.
Półelf leciutko skinął głową, usiłując nie zemdleć. Skoro jeszcze żył, to znaczyło, że nie został uznany za wroga.
Chwilę później, został dość brutalnie rzucony na siodło kasztanowego konia. Nie miał sił protestować, ani uciekać. Pozwolił, by zwierzę ruszyło z miejsca, a potem przeszło w miarowy kłus. Jęknął cichutko, czując, jak po jego ciele rozchodzi się fala bólu.
Świat dookoła zaczął tracić ostrość, wirował…
* * *
- Generale! – wrzasnął dziko zielonooki elf, zatrzymując konia tuż przed swoim dowódcą. Odruchowo przeczesał palcami blond grzywkę – Generale, szpicla ubiłem! I takie coś znalazłem! – zrzucił z siodła zakrwawionego półelfa. Chłopak bezwładnie uderzył o ziemię, jęcząc z bólu.
Szare, lodowate oczy generała spoczęły na rannym.
- Co to za jeden? – warknął.
- Ja tam nie wiem, generale. Może też szpicel. Ale na pewno brudna krew. Mieszaniec, znaczy się. Jeszcze dycha, więc pomyślałem, że może się do czegoś przyda.
- To, że mieszaniec, to widzę… - trącił złotookiego w zraniony bok ciężkim, wojskowym butem – Ktoś ty?
Półelf wykrzywił się, otworzył oczy. Powoli docierało do niego, co dzieje się dookoła. Nie był w najlepszej sytuacji. Wszędzie w polu widzenia żołnierze.
Nie miał siły odpowiadać na ich pytania. I nie chciał.
Tak naprawdę, bał się. Bał się bólu.
Generał wznowił swoje pytanie.
Świat znowu rozmywał się i wirował, czarne plamy latały przed oczami.
Bolało.
Targnięty jakimś impulsem półelf ostatkiem sił poderwał się z ziemi. Kilka metrów dalej widniała linia drzew. Las. Gdyby tylko udało mu się tam dobiec…
Cios. Boli… Ktoś z całej siły przygwoździł go do podłoża. Uszkodzone żebra odezwały się tępym bólem.
Ciemność.
* * *
Obudził się w jakimś pokoju. Ostre światło słońca świeciło mu prosto w oczy. Zmrużył je i rozejrzał się dookoła. Białe ściany, białe firanki oknach, na parapecie jakaś roślina. W pomieszczeniu pachniało ziołami. Gdzie był?
Spróbował unieść się na łokciu, ale w żebrach coś zakuło.
W gruncie rzeczy, nie było tak źle. Nie pamiętał już, kiedy ostatni raz spał w zwykłym łóżku, w czystej, białej pościeli. To było przyjemne. Tak samo, jak luźna, jasnoniebieska koszula.
Z rosnącym zdumieniem rejestrował wszystkie te szczegóły.
Ale…Skąd się tu wziął?
Czuł delikatny ucisk bandaży, na stoliku obok łóżka stały buteleczki z eliksirami.
Ktoś musiał przynieść go tutaj, zająć się nim…To było coś nowego.
A jednak, pomimo panującego w pomieszczeniu spokoju, półelfa ogarniał strach. Ktoś zabrał całą jego broń, ponadto był ranny, co nie dawało zbyt wielkich szans na obronę, gdyby zaszła taka konieczność.
Skrzypnęły drzwi.
Złote oczy zwróciły się w kierunku nowoprzybyłej istoty, obserwując ją uważnie. Rejestrując każdy, nawet najdrobniejszy szczegół.
Złociste włosy opadające swobodnie na plecy. Równo przycięta grzywka, ukazująca roziskrzone w słonecznym świetle, szmaragdowe oczy. I wreszcie, dwa pasma włosów z przodu, zaplecione w cienkie warkocze, których końcówki owinięto dookoła niewielkich, srebrnych kółeczek.
Zjawiskowa dziewczyna miała na sobie prostą, białą suknię, zdobioną jedynie misternymi haftami na rękawach. A jednak, pomimo skromnego stroju, jej głowę zdobił wspaniały, srebrny diadem, w który wprawione było dziewięć kryształowych gwiazd.
W surowym, sterylnym wnętrzu szpitalnego pokoju wyglądała tak nierealnie…Tak pięknie…
- Nie gap się tak – odezwała się ostrym, chłodnym tonem – To niegrzeczne, wiesz?
Spłoszony półelf gwałtownie odwrócił głowę, czując jak jego policzki płoną ze wstydu. Zaklął w duchu, winiąc się za taką nieostrożność. W końcu dziewczyna była czystej krwi elfką i nie wiadomo było, czego się po niej spodziewać. Trzeba było uważać.
Teraz już o wiele dyskretniej, ale i z pewną dozą niepokoju, ponownie zaczął obserwować.
Poczynania elfki nie wyglądały na niebezpieczne. Wręcz przeciwnie – były zupełnie zwyczajne. Pokręciła się chwilę po pokoju, otworzyła okno. Jakby od niechcenia poprawiła buteleczki, stojące na stoliku, chociaż stały całkiem równo. W końcu usiadła na brzegu łóżka, z lekkim uśmiechem, jak i zaciekawieniem, spoglądając na półelfa. Gdy wyciągnęła dłoń z wyraźnym zamiarem dotknięcia jego czoła, przesunął się odrobinę, drżąc lekko. Rzucił jej pełne wrogości spojrzenie.
-Spokojnie! - roześmiała się – Nic ci nie zrobię! Chciałam tylko sprawdzić, czy nie masz gorączki.
Elfka zdawała się mówić prawdę. Jej głos brzmiał na tyle szczerze, a zarazem uspokajająco, że półelf pozwolił się dotknąć, poprzestając jedynie na rzucaniu kolejnych spojrzeń pełnych złości i obawy.
Jednocześnie poczuł się zmęczony. Unoszący się w powietrzu zapach ziół usypiał, złote oczy zamknęły się mimowolnie.
Po chwili ich właściciel już spał, zapominając o wcześniejszym niepokoju.
* * *
- Hej, złotooki, obudź się! - pogodny głos, docierający z daleka, przedzierający się przez ocen snu.
Delikatna woń ziół mieszała się z nowym, równie przyjemnym zapachem...
Półprzymknięte oczy chłopaka rozszerzyły się gwałtownie, na widok parującej miski pełnej gorącej zupy. To...To było tak cudowne, że aż nierealne.
Chwilę później, jasnowłosa dziewczyna roześmiała się, obserwując z jaką prędkością znika przyniesione przez nią danie.
- Chcę jeszcze – oznajmił złotooki, odkładając puste naczynie na stolik, stojący obok łóżka.
- Po pierwsze, mówi się ''proszę''. Po drugie, wyglądasz, jakbyś od kilku dni nic nie jadł, więc nie dostaniesz więcej. To mogłoby ci zaszkodzić.
- Jestem głodny.
- Przykro mi, musisz zaczekać do kolacji.
Półelf westchnął ciężko, potrząsając z irytacją głową.
- Jestem głodny – powtórzył lodowatym tonem, wbijając uporczywe spojrzenie w dziewczynę. W złotych oczach rozbłysły pełne złości iskry.
- Trudno. Do kolacji nie umrzesz.
W tym momencie półelf poczuł się urażony. Prychając ze złości odwrócił głowę, zdecydowany nie odzywać się do elfki już więcej. Najchętniej usunąłby ją ze swojego pola widzenia. Jednak...Mimo wszystko nie mógł powstrzymać się od spoglądania w jej kierunku.
- A teraz będziesz grzecznym chłopcem i zażyjesz lekarstwa – dziewczyna zmaterializowała się tuż obok jego łóżka z buteleczką błękitnego płynu w dłoni.
- Nie chcę.
- To nic. Nie pytałam cię, czy masz na to ochotę, więc nie dyskutuj. Wypijesz to i już nie będę cię męczyć.
- Nie.
Uzdrowicielka westchnęła ciężko, robiąc minę, jakby miała ochotę półelfa co najmniej zamordować.
- Cristal, daj spokój. Jak nie chce wyzdrowieć, to jego problem.
Na dźwięk tego głosu półelf poderwał gwałtownie głowę. Podenerwowane spojrzenie omiotło wchodzącą do pokoju postać, zatrzymując się na chłodnych, stalowoszarych oczach.
Elf.
Ciemnowłosy elf.
Ten, którego nazywali generałem.
Wspomnienie pierwszego spotkania z nim sprawiło, że złotooki zadrżał. Cały wcześniejszy niepokój wrócił ze zdwojoną siłą.
Tymczasem generał usiadł na brzegu łóżka. Na jego twarzy powoli pojawił się tajemniczy uśmiech.
- Miło widzieć cię w stanie nieco bardziej sprzyjającym rozmowom – odezwał się.
Półelf odsunął się nieznacznie, mierząc czarnowłosego wzrokiem pełnym niechęci. Oceniał szanse na wypadek niespodziewanego niebezpieczeństwa.
- Czego chcesz? - spytał cicho.
- Kilku informacji. Nic wielkiego, ale musimy sprawdzić, czy nie stanowisz zagrożenia. Sam rozumiesz...
- Nie będę odpowiadać na twoje pytania.
- Tak myślałem – westchnął generał – Nie ufasz mi i wcale ci się nie dziwię. Ale zrobimy tak...Ja oddam ci twój sztylet... - mówiąc to, położył ostry, połyskliwy przedmiot koło bladej dłoni półelfa – I teraz ty będziesz się czuł bezpieczniej, a ja jestem bezbronny.
- Przejdź do rzeczy.
- Jak się nazywasz?
Milczenie.
- No dobrze...A skąd jesteś?
- Ayenn.
- Czy to przypadkiem nie jest to miasteczko w Tholdhour, spalone przez ludzi kilka lat temu?
- Jest.
- Mhm...Ile masz lat?
- Osiemnaście.
- Nie kłam. Nie wyglądasz na tyle.
- Szesnaście.
- Dobrze. Co cię tu sprowadza?
- Śmierć.
- Oryginalna odpowiedź, złotooki. No to ostatnie pytanie. Czy też uważasz, że nasza obecna tutaj czarodziejka Cristal jest piękna? - lekki, nieco zawadiacki uśmiech.
Półelf spojrzał na generała ze szczerym zdumieniem, zastanawiając się, czy to pytanie nie jest przypadkiem jakimś podstępem. Dochodząc do wniosku, że nie było żartem, spojrzał niepewnie na czarodziejkę, następnie na generała, a później wbił zażenowane spojrzenie w róg kołdry.
- Sądzę, że pani magiczka...jest...jest bardzo ładna...- powiedział cichutko.
A potem zemdlał.